

|
menu:
e-Prenumerata
Zbliżeń
POGODA SŁUPSK:
godz. 00:00 ![]() Temp.: 14 °C ![]() Ciśn.: 1017 hPa ![]() Wiatr: 13 km/h Śnieg: 0.0 mm Deszcz: 0.0 mm |
CZYTELNIA
<<< poprzedni
| 14/4 | następny >>>
Słupsk, powiat słupski, 2008-12-19
Trzeba uwrażliwiać na ten wredny świat
Iza Kałuża jest osobą zwyczajną. Matką dwóch córeczek, żoną, nauczycielką w gimnazjum. Ot, kobieta jakich wiele. Niewielkiego wzrostu, ale jakże wielkiego serca. Od trzech lat pomaga maluchom mieszkającym w lęborskim „Domu w ogrodzie”. Do swojej akcji zaangażowała mnóstwo osób, osób skromnych, nie pragnących rozgłosu. Ludzi, którym nieobojętny jest los maluchów pozbawionych rodzinnego ciepła.
Takie większe akcje organizuje dwa razy w roku – na Dzień Dziecka i przed świętami Bożego Narodzenia. W międzyczasie również zbiera i dowozi rzeczy do „Domu w Ogrodzie”. W tej chwili pomagają jej uczniowie ze słupskiego Gimnazjum Nr 5, w którym uczy języka polskiego, policjanci ze Szkoły Policji, pracownicy Prokuratury i zupełnie prywatne osoby, do których dotarły wieści o działalności Izy Kałuży. - Wszystko przez moja matkę – żartuje Iza. – To mama wpoiła mi wrażliwość na krzywdę ludzi i zwierząt. Pamiętam, że od maleńkości opiekowałam się jakimiś porzuconymi psami i kotami. Biegałam po działkach i dokarmiałam takie psie nieszczęścia. Nie potrafię być obojętna, nie chcę... Lęborską placówką Iza zainteresowała się trzy lata temu, kiedy teściowa, położna pracująca w usteckim szpitalu, poprosiła o ubranka po dzieciach. Potrzebne były dla porzuconych maluchów. - Niestety, czasami matki zostawiają noworodki – kontynuuje moja rozmówczyni. – Takie dzieciaczki najczęściej odwożone są właśnie do Lęborka. No i trzeba je w coś ubrać... Pierwsza wizyta w placówce wywarła na Izie kolosalne wrażenie. Tak wielkie, że nie potrafiła ze wzruszenia wydusić ani słowa. - To są emocje nie do opisania – wspomina. – W tej chwili w domu mieszka około sześćdziesięcioro dzieci w wieku od zera do siedmiu lat. Dzieci spragnionych uczuć. Każde ma swoją historię, za każdym kryje się jakiś dramat. Przyznaję, że nie chcę ich poznawać, bo chyba bym zwariowała. Teraz nawet nie wchodzę do środka. Nie chcę ich rozdrażniać, rozbudzać w nich nadziei, bo wiem jak wielkie potrzeby emocjonalne mają. Nikt im nie czyta, nie śpiewa kołysanek, nie mogę się z tym pogodzić. Moje dzieci mają wszystko, a najważniejsze, że mają nas... To, że mogę tamtym maluchom dać trochę radości znaczy dla mnie bardzo wiele. Moje córeczki – Alę i Julkę też uczę wrażliwości. - Na początku obawiałem się trochę, że ktoś się „przyczepi” do żony – dopowiada Tomasz Kałuża. – Musiałem się pogodzić z jej pasją. A widziała pani mój garaż...? Rok temu Iza Kałuża wróciła po urlopie macierzyńskim do pracy w szkole. I swoim entuzjazmem zaraziła młodzież i rodziców. – Pewnego dnia moja córka wróciła ze szkoły i opowiedział mi, że pani od polskiego robi taką akcję – dodaje Mariola Oleksik, znajoma Izy, która również zaangażowała się w pomoc maluchom z Lęborka.- Pracuję w Szkole Policji i tam też „sprzedałam” pomysł pomocy dzieciakom, pomysł, który trafił na bardzo podatny grunt. Honorowi krwiodawcy już po raz kolejny uzbierali kilkadziesiąt czekolad, które powędrują do maluchów. Dary zbierają także pracownicy Prokuratury. Trzeba pociągnąć za odpowiednie sznurki, a potem samo idzie... - Mówi się, że młodzież jest rozwydrzona i egoistycznie nastawiona do świata – mówi nauczycielka. – Uważam, że to nieprawda. Uczniowie naprawdę mnie zaskoczyli. Całe klasy robiły zbiórki i przynosiły naprawdę piękne rzeczy. Szkoła powinna właśnie uwrażliwiać na ten wredny świat, nie tylko uczyć regułek i dat. Wydaje mi się, że już wiele osiągnęłam. Chciałam podziękować uczniom za zaangażowanie. Na przerwach podchodzą do mnie dzieciaki, których nie uczę, a do których dotarły wiadomości o zbiórce. Dla mnie to bardzo budujące. Uczniowie składali się po dwa złote. Któraś z klas uzbierała w ten sposób pięćdziesiąt złotych. Gimnazjaliści poszli do sklepu z zabawkami, gdzie spodobała im się maskotka – żaba, kosztująca sto złotych. I okazało się, że właściciel sklepu sprzedał im tę żabę za pięćdziesiąt złotych, a resztę dołożył od siebie, gdy dowiedział się, że to ma być prezent dla dzieci z domu dziecka. - Udało nam się zaopatrzyć jeden dom dziecka – mówi Iza Kałuża. – Być może gdzieś w okolicy znajdują się podobne miejsca lub rodziny potrzebujące naszej pomocy. Wystarczy rzucić hasło i zabieram się do roboty – dodaje kobieta. Od redakcji: Iza Kałuża z mężem zawieźli już do Lęborka to, co udało im się zebrać. Okazało się, że wciąż potrzebne są wózki, krzesełka do karmienia, leżaczki, pieluszki i kosmetyki oraz buciki i kapcie. Katarzyna Sowińska
Fot. Autorka
1003
<<< poprzedni
| 14/4 | następny >>>
Dodaj komentarz: |