

|
menu:
e-Prenumerata
Zbliżeń
POGODA SŁUPSK:
godz. 02:00 ![]() Temp.: 14 °C ![]() Ciśn.: 1017 hPa ![]() Wiatr: 13 km/h Śnieg: 0.0 mm Deszcz: 0.0 mm |
CZYTELNIA
<<< poprzedni
| 19/3 | następny >>>
Słupsk, 2009-05-08
Wierna córka Słupska
Była bardzo znana w Słupsku i cieszyła się powszechnym szacunkiem. Była jak kamień, który mocno tkwi w ziemi, choć wokół zmienia się porządek świata. Zamieszkała w Słupsku w 1928 r. i była najprawdopodobniej jedyną osobą, która przeżyła w tym mieście nieprzerwanie 81 lat. Przyjechała tu z rodzicami jako czteroletnie dziecko i pozostała na zawsze – na dobre i na złe. Każdy, kto miał szczęście Ją poznać, pewnie inaczej Ją zapamiętał. Ale wszystkie portrety będą miały podobny fragment – obraz kobiety dystyngowanej, oszczędnej w słowach, taktownej, umiejącej słuchać innych zachowując jednocześnie dystans do ludzi i świata. Tę niezwykłą, bardzo aktywną kobietę zabrała wyniszczająca choroba. W chwili śmierci Elżbieta Wojewódzka miała 85 lat.
Urodziła się na wsi pod Połczynem. W 1928 r. ojciec nauczyciel biologi ,zdecydował o przeniesieniu się z rodziną do Słupska. Wielką wagę przywiązywał do wykształcenia dzieci. Elżbieta miała być chemikiem i rozpoczęła nawet studia w niemieckim Królewcu w 1942 r. Była także świetną lekkoatletką. Planowano, że weźmie udział w biegach na olimpiadzie w Tokio w 1940 r. Ale tej olimpiady nie było. Wojna przekreśliła Jej karierę sportową i życiowe plany. W międzyczasie zmarł Jej ojciec. Koniec wojny w niemieckim Słupsku kwitowała krótkim stwierdzeniem – to było piekło. Związała się z Czerwonym Krzyżem i praca w tej organizacji zatrzymała Ją w Słupsku. Gdy inni mieszkańcy masowo wyjeżdżali, Ona pozostała. Wyszła za mąż za Polaka i musiała przystosować się do życia w polskim Słupsku. Zapewne było jej piekielnie trudno. O wielkiej sile woli może świadczyć fakt, że mimo wszystko skończyła studia germanistyczne na uniwersytecie poznańskim jako czterdziestoletnia kobieta. Miała ustaloną renomę jako tłumacz przysięgły. Była także kimś w rodzaju powiernika dla Słowińców i Niemców osiadłych w okolicach Słupska. Opowiadała mi kiedyś o leciwym Słowińcu, który cierpliwie przyjeżdżał do Niej przez wiele lat i niezmiennie pisał, przy jej pomocy, prośby do polskich władz o zgodę na wyjazd do Niemiec. Mogła mu powiedzieć - daj spokój, nic nie wskórasz, ale ona po prostu była przy tym człowieku, w jego samotności i rozżaleniu. Bardzo mi imponował ten wielki dystans, jaki potrafiła zachować. W pamięci wielu ludzi pozostanie właśnie taka – spokojna, uważnie słuchająca starsza pani, skarbnica wiedzy o Słupsku i powiernica ludzkich problemów. Słupsk stracił w Elżbiecie Wojewódzkiej wyjątkową Córkę, której żadne dziejowe burze z miasta nie wyrwały. Jolanta Nitkowska-Węglarz
1154
<<< poprzedni
| 19/3 | następny >>>
Dodaj komentarz:Krzysztof Guzenda, 2010-03-13 18:41:17
Za umarłym ciągnie polityka, historia i pranie tzw brudów. My, pochodzący, bądź urodzeni na tych ziemiach, jesteśmy obcy, wystarczy sięgnąć do życiorysów swoich dziadków, względnie rodziców. Moja nauczycieka znała historię mego pochodzenia, nigdy nie zdradziła kim, był mój ojciec, bo, jak wspominała przed śmiercią, świat mój legł by w gruzach - pozostawiła to tym, którzy znają prawdę - rodzinie von Kleist, ciekawe przed kim mnie broniła? Wracając do męża -było nam przykazane by nie komentować choroby Jej męża, nie wiedząc, ze spotkamy się w Technikum Hotelarskim, napatrzył
em się na wybryki Jej męża. Nie była zimna, była zamknięta w sobie, zawsze była szwabką w Jego rodzinie.... Co przeżyła pozostanie dla nas tajemnicą-Wychowując dzieci, nikt nie jest w stanie, przewidzieć, co z nich wyrośnie, coś w nas pęka, stajemy się obcy dla siebie...Dla mnie była kobieta ciepłą, więcej mnie przytuliła w szkole i na ulicy niż moja matka, z którą się znały dość długo, moja matka przyjechała do Słupska w 1944 z Warszawy.Nie potrafimy być obiektywni, szukamy haków, to nasza specjalność, sami się kąpiemy w swoim polskim sosie, nie patrząc do przodu, tylko do tyłu, to nasza jazda. Musimy skończyć z ideologią, ona przysłania nam spojrzenie na zmarłą, zapamietać Ją należy taką, jaka była dla nas, a rodzina, niech sobie sama z tym żyje. My nie potrafimy ze sobą żyć, bo zgoda nam przeszkadza, szukamy TW, a to Służb, to kochanek, a to Eriki Steinbach, zapominając, gdzie mieszkamy, czy na swoim, czy na cudzym, czyżby Panie zapomniały, jaką to ustawę zapomniał podpisać p. Kwaśniewski. Z pozdrowieniami, Krzysztof
Analityk, 2009-06-05 20:06:08
Tak, tak trzeba uważnie czytać. Pani Wojewódzka była moją nauczycielką. Dobrą nauczycielką, dokładną, jak pruski urzędnik, daleką, zimną, wyniosłą i zdystansowaną. Wiedziała wszystko lepiej, nieomylna. Pewnie i takie były jej tłumaczenia, brała za to przecież pieniądze jak każdy tłumacz jakiegokolwiek języka. Skończyła studia już daleko po 40-tce, bo i nie miała innego wyboru. Wszystkich nas nauczycieli bez studiów pogoniła ustawa do ich ukończenia. Wzrosła wtedy mocno liczba zaoczniaków na polskich uczelniach. Łatwiej było dla niej oczywiście studiować germanistykę, język ojczysty niż dokończyć rozpoczęte jeszcze w Trzeciej Rzeszy studia chemiczne dla utalentowanej rasy aryjskiej. Czytając oba te artykuły zdziwiony jestem żałośnie infantylnym stylem autorki podpisanej KDW. Z liczeniem ma poważne kłopoty. Tu dodaje lat, tu skraca, tu odejmuje. Warto przeczytać własny tekst od czasu do czasu i się zastanowić - polecam. I ten skrót nazwiska na oficjalnej stronie Miasta Słupska - czy to dozwolone ?, czy można się tak ukrywać ? Ze wstydu ? Chyba można pisać o własnej rodzinie ? Czy to już kumoterstwo radnej ? Pani Elżbiety "żadne burze nie wypędziły z miasta". Nawet wtedy, kiedy mogła zostać w kolorowej Lubece w ramach łączenia rodzin. I nie tylko w ramach łączenia rodzin. Teoretycznie do ostatnich dni posiadała obywatelstwo niemieckie. Ale w Słupsku zostały wtedy małe dzieci, jako zakładnicy dla władz PRL-u. "Miała ukończony kurs medyczny". To prawda; władze hitlerowskie masowo przeszkalały młodzież żeńską na kursach dla sanitariuszek polowych. Ale żeby zaraz ...leczyła ? Wypominano jej niemieckie pochodzenie ? A co się dzieje teraz w Niemczech z naszymi rodakami , którzy wyjechali za chlebem i pracą ? Jak są traktowani ? No i te codzienne wyjazdy nad morze do Ustki. To dopiero było poświęcenie !!! Bardzo bym chciał, by każdy tłumacz z naszego pięknego miasta był tak wspominany ! I to na oficjalnej stronie miasta ! Bez kumoterstwa i znajomości.
Uzupełniacz, 2009-06-02 13:07:46
Mity, mity, mity !
O zmarłych mówimy już tylko dobrze. Ale czy zawsze możemy ? Czy tym samym nie współtworzymy mitów ? "Wierna córka Słupska", i "Portret sentymentalny Elżbiety Wojewódzkiej" - ocalić od zapomnienia ? I co było jeszcze w jej życiu ? Szlachetność ?, Zyczliwość ?, Serce ? Wystarczy uważnie przeczytać oba te artykuły by mieć wątpliwości.
Urodzona na Pomorzu, we wsi należącej do majątku junkierskiego. Ojciec - nauczyciel w jednoklasowej szkole ludowej w Burzlaff pod Połczynem, potem w Słupsku nauczyciel gimnastyki i sportu (książka adresowa Stolp 1938) zmarł wcześnie w 1943 r. jako żołnierz Wermachtu. Wiemy czym zajmował się Wermacht w 1943 r. Pomimo to Elisabeth Gertrud Willer spokojnie studiuje dalej w Królewcu/Königsberg i Gdańsku pozostawiając samotną, owdowiałą matkę z kaleką siostrą po chorobie Heine-Medina na wózku inwalidzkim i dwojgiem małych braci (opublikowane foto). Zdążyła zrobić 6 semestrów chemii. Tylko kiedy ? W zajętym już przez Armię Radziecką Królewcu ? A może na tajnych kompletach w Warszawie jak jej późniejszy mąż Mieczysław Wojewódzki ? Czy studia w Trzeciej Rzeszy były przyspieszone ? Czy wybrany naród szybciej się uczył ?
Gdy mieszkańcy Stolpu opuszczają w panice i dużo za późno miasto ona pozostaje by pracować w Czerwonym Krzyżu, oczywiście niemieckim czy potem też radzieckim ? I pozostawia matkę bez pomocy. Nie chce dzielić jej losu tułacza. Ma już inny cel czy zajęcie. Tak długo i skrycie czeka na swojego narzeczonego Horsta, że dopiero twarda rzeczywistość zmusza ją w sierpniu 1946 r. do poślubienia Mieczysława Wojewódzkiego a w grudniu tegoż roku do urodzenia mu syna Sylwestra. Uczy się pilnie sama języka polskiego......przy wydatnej pomocy męża i teściowej. Ominął ją los uchodźców czy uciekinierów nazywanych teraz wygnańcami ! Do Lubeki dociera dużo później, w odwiedziny. Tam przecież mieszka jej rodzina; matka i mali bracia i kaleka siostra. Lubeka - będąca do dzisiaj silnym ośrodkiem "wypędzonych" z Pomorza i Prus Wschodnich - mało sprzyjających Polsce. Przyrównanie na jednym poziomie i w jednym stwierdzeniu losu wypędzonych z byłych obszarów Polski: Wilna, Grodna, Lwowa ...z losem uciekinierów przed Armią Czerwoną ze Słupska przez autorkę artykułu na oficjalnej stronie miasta Słupska - "Portret sentymentalny Elżbiety Wojewódzkiej" podpisaną tajemniczo KDW - pozwala domniemywać, że pisze to jej trzecia synowa, również...radna słupska, podejrzanie sympatyzująca w tym stwierdzeniu z hasłami słynnej Eriki Steinbach ze Związku Wypędzonych w Niemczech. Brat pani Elżbiety - Siegfried jest takim gorącym patriotą Stolpu, że musi koniecznie mieszkać na ulicy o tej samej nazwie w Lubece. Przychodzące z Niemiec paczki ciuchowe pozwalały na pewno imponować szarej ulicy lat 60-tych i podkreślały urodę pani Elżbiety - pospolitą urodę pomorskiej chłopki o pięknych, zwracających uwagę oczach. Czy panią Elżbietę ominął wszechobecny i obowiązkowy "Hitlerjugend" ? - młodzież niemiecka i dzieci przechodziły tam prawdziwe " pranie mózgów " . Wiemy: "czym skorupka za młodu......" - tym większy dystans do polskiej później społeczności miasta. Czy pomagała w najtrudniejszych, często intymnych sytuacjach ? Czy na pewno wzięła na siebie trud utrzymania domu w chorobie dawno z nią rozwiedzionego męża ? - budowniczego Polski Ludowej w Słupsku. Tylko dlaczego odmówiła pomocy własnemu wnukowi ? Czy to nie był już jej wnuk ? - bo z nieoficjalnego związku jej syna ? Zaniechać pomocy oznacza często zaszkodzić i to ...dziecku ! Nigdy nie widziała wnuka. Nie chciała o nim nic słyszeć. Bała się najmniejszego przecieku o jego istnieniu. I gdzie tutaj ta mądrość i serce i szlachetność pani Elżbiety ? A przecież pocieszała starego Słowińca w jego samotności i rozżaleniu, gdy chciał opuścić swoją ziemię. Bo był swój ? - kołtuństwo ?, dulszczyzna ?, zakłamanie ? Bo wszystko na zewnątrz musi wyglądać pięknie, jak te ciuchy z paczek ? Dobrze, że dzieci udane. Syn - menadżer - zrobił karierę już w PRL - przy pomocy jej służb specjalnych.
I te tłumaczenia o różnym, bardzo różnym poziomie i na dodatek pieczęcie pani Elżbiety przystawiane na oryginałach dokumentów. Niszczyła oryginały ! Czy dużym wysiłkiem jest zrobić studia germanistyki w Polsce ? - i to Niemce ? Samotnej i to już bez obowiązków rodzinnych.
Czy wszystko w tym życiorysie wyjątkowej, wiernej córki Słupska o tajemniczym uroku damy było i jest piękne ? Czy wszystko co niemieckie musi być w naszym teraz skomercjonizowanym świecie dobre?
sprostuj, 2009-05-30 12:47:44
Każde odejście człowieka wzbudza wiele reflekcji. Pamiętamy go z różnych stron. Tej pozytywnej, wielkodusznej, pracowitej, serdecznej, tej na zewnątrz i tej mniej znanej - domowej, rodzinnej. Na pewno do tej mniej znanej strony pani Elżbiety Willer-Wojewódzkiej należy jej zdystansowany, zimny stosunek do jej wnuka, syna Sylwestra. Nie chciała nigdy zobaczyć dziecka, zabroniła jego matce na jakiekolwiek kontakty ze sobą. Nie interesowała się wnukiem zupełnie. Nigdy go nie chciała zobaczyć. Nie nawiązała kontaktu z dzieckiem. W panicznym strachu, że świat pozna pozamałżeńskiego syna jej syna. Wtedy gdy mogła pomóc - odmówiła tej pomocy. Największym jej zmartwieniem było, że jednak część rodziny znała ten "wstydliwy" fakt. Była pedagogiem, nauczycielem i jak pisze autorka powiernikiem w trudnych sytuacjach. Czy we wszystkich trudnych sytuacjach można było na nią liczyć ? Tych rodzinnych ? Czy jej były mąż Mieczysław Wojewódzki mógł na nią liczyć po rozwodzie, w chorobie ? Pozytywny wizerunek, wyczyszczony i upiększony dla miasta a jaki dla jedynego wnuka ?
Mamy wiele twarzy i różne wspomnienia po nas zostają. Bardzo różne.
|