

|
menu:
e-Prenumerata
Zbliżeń
POGODA SŁUPSK:
godz. 23:00 ![]() Temp.: 14 °C ![]() Ciśn.: 1025 hPa ![]() Wiatr: 25 km/h Śnieg: 0.0 mm Deszcz: 0.0 mm |
CZYTELNIA
<<< poprzedni
| 20/2 | następny >>>
Słupsk, region, 2010-04-02
Chrzanem i wodą...
Przede wszystkim trzeba zabezpieczyć się przed nieuchronną zgagą. A na tę dolegliwość nasi przodkowie znali wiele recept. Najpopularniejszym panaceum było zjedzenie przed wielkanocnym śniadaniem (na czczo) łyżki święconego chrzanu i trzykrotne chuchnięcie w komin. A jeśli komuś chrzan nie smakował lub... komina nie miał, to mógł spokojnie zacząć świąteczny posiłek od usmażonych na maśle pokrzyw. Jasna rzecz, zeszłorocznych. Skutek był gwarantowany... wiekowym doświadczeniem Polaków w obżarstwie! A to było słynne na całą Europę! Cudzoziemcy, którym Wielkanoc przyszło spędzać wśród naszych rodaków, nie mogli się nadziwić stołom uginającym się od wszelakiego jadła. A było ono wyszukane. Dominowała dziczyzna, wśród której królewskie pierwszeństwo należało przyznać szynce z dzika i pieczeni z daniela lub sarny. Tuż za tymi przysmakami szedł drób – kuropatwy, jarząbki, cietrzewie, dropy i inne „leśne” ptactwo – przyrządzany na kilkanaście sposobów. Kronikarzom i pamiętnikarzom z tamtych lat nieobce były także zięby i czyżyki w jabłkach! Pospolitymi zającami nikt się nie zachwycał, bo z reguły występowały w postaci obowiązkowego pasztetu. I chociaż bez jajka wielkanocnej uczty sobie nie wyobrażano, to nie ono dominowało na stole. Nic dziwnego, że po takiej uczcie, kończonej często grubo po niedzielnej północy, panny i matrony dawały się zaskakiwać w łożach swawolnym dynguśnikom. Śmigały brzozowe witki, lały się hektolitry wody, a wszystkiemu towarzyszyły śmiech i radość z pomyślności niesionych przez wielkanocny poniedziałek wróżb. Teraz spospoliciały nam stoły i obyczaje. Nie mówiąc już o tym, że w mrokach dziejów zginął trzeci dzień Wielkanocy. Na stołach króluje pospolita wieprzowina, która o palmę pierwszeństwa walczy z kurczakiem. Dyngusowa woda nie powoduje śmiechu i radości lecz przerażenie i panikę wśród oblewanych na oślep przechodniów. No i nie ma trzeciego dnia świąt! A z jego tradycją wiąże się to felietonowe przesłanie. Od niego rozpoczynał się okres radości i zabawy. Był dniem zrozumienia dla biednych i pokrzywdzonych przez los. Możni tego świata, jak bywało to chociażby w Krakowie podczas Rękawki, dzielili się dobrami świątecznymi i jadłem, przyjmowali ubogich, chorych i próbowali zaradzić ich sytuacji. I ta postawa zjednywała im uznanie. Chciałoby się, żeby taki „trzeci dzień świąt” trwał cały rok, jeśli już został z kalendarza wymazany. I tej obfitości jadła, radości i zrozumienia dla bliźnich, świątecznego uśmiechu na ulicach wypada życzyć wszystkim słupszczanom. Wesołych Świąt! Ryszard Hetnarowicz
1523
<<< poprzedni
| 20/2 | następny >>>
Dodaj komentarz: |