

|
menu:
e-Prenumerata
Zbliżeń
POGODA SŁUPSK:
godz. 14:00 ![]() Temp.: 15 °C ![]() Ciśn.: 1029 hPa ![]() Wiatr: 27 km/h Śnieg: 0.0 mm Deszcz: 0.0 mm |
CZYTELNIA
<<< poprzedni
| 18/9 | następny >>>
Słupsk, region, 2010-07-23
Grunwaldzkie potyczki
Jubileusz 600-lecia bitwy pod Grunwaldem, jednej z największych bitew średniowiecznej Europy, stał się okazją do zorganizowania wielu imprez o charakterze historycznym, politycznym i propagandowym. Jedną z nich była, największa z dotychczasowych, inscenizacja starcia między wojskami sprzymierzonymi z Polską i Litwą a potęgą krzyżacką.
Komentując te wymogi członkowie drużyn rycerskich z Białorusi i Litwy cieszyli się, że nie kazano im przybyć na pole bitwy w taki sposób, w jaki dostawali się na nią jej prawdziwi uczestnicy. - Pułki smoleńskie miałyby naprawdę kawał drogi do pokonania – śmiali się Białorusini. Obok nich i Litwinów na polach Grunwaldu pojawili się tradycyjnie Niemcy, Ukraińcy i Rosjanie. Przybyły posiłki z Włoch, Czech i Bułgarii. Wszyscy oni stanęli przed koniecznością spełnienia wymogów rekonstrukcyjnych! Ale nie one były najtrudniejsze, bo akceptowane przecież w momencie podejmowania decyzji o udziale. Zderzyli się przede wszystkim z organizacyjnym niedowładem i bałaganem! W kranach brakowało wody do mycia, a punkty toaletowe były ustawione w takich odległościach, że nawet po myciu wracało się do namiotu brudnym. Na dodatek dopiekła pogoda! Dosłownie! Skwar lejący się z nieba był trudniejszy do zniesienia niż 35-kilogramowa zbroja! Czy można się dziwić, że ogromna większość starszych wiekiem uczestników inscenizacji wolała nie wyjść „w pole”? Nie chcieli ryzykować zdrowiem, a nawet życiem! Bo przecież udary, omdlenia i utraty przytomności były podczas tej inscenizacji na porządku dziennym! Tak jak bezradność samarytanek, które parzyły ręce o hełmy i szyszaki rycerzy potrzebujących pomocy! A organizatorzy przewidzieli dla wszystkich... litr wody na głowę! Wyczerpałeś limit? Nie ma! Skutkiem tego było i to, że w inscenizacji udział wzięło na pewno dużo mniej rycerzy, niż triumfalnie obwieściły to niektóre media. W obozowiskach było ich około 2,5 tysiąca, ale na polu bitwy znalazło się ich z całą pewnością nie więcej niż 75 procent. - A co? Komu by to szkodziło, żeby bitwę stoczyć o osiemnastej? Bo telewizja jest ważna? Nie ludzie? - pytali zdenerwowani Litwini i kwitowali to słowami nienadającymi się do przytoczenia. Słupszczanie także podkreślali, że nawet próba generalna, która odbyła się właśnie o tej porze, też trudna była do wytrzymania z powodu temperatury i piekącego słońca. I nie sama inscenizacja była największą atrakcją obchodów. Tym bardziej, że za wszelką cenę starano się w mediach (szczególnie TVP) porównywać ją z rzeczywistą bitwą, analizować szczegóły historyczne, wierność im, wytykać niedociągnięcia i uchybienia... Najważniejsze i najatrakcyjniejsze rzeczy miały miejsce na arenach turniejowych i w obozowiskach poszczególnych chorągwi. Tutaj toczyło się prawdziwe rycerskie życie! Autentyczne propagowanie i popularyzowanie kultury średniowiecza. Nawet jeśli wcale niepozorowane walki podczas rycerskiego bohurtu (pojedynki z nielicznymi ograniczeniami) budziły mieszane odczucia, bo kilku uczestnikom potrzebna była pomoc lekarska po razach mieczami czy toporami. Dla podziwiania ludzi, którzy takim nakładem sił i kosztem wielu wyrzeczeń wcielają się w role dam, rycerzy i ich giermków warto było wybrać się pod Grunwald i znieść – jako turysta - brak wody (również pitnej), kilometrowe korki na drogach i kilkunastometrowe do toy-toyek, kosztowny skrawek pola koniczyny pod namiot, grzęźnięcie samochodem w glinie rozmoczonej przez burzową ulewę i paskarskie ceny w punktach handlowych. Słupscy rycerze wracający spod Grunwaldu mieli nie najlepsze wrażenia: - I nic to, że znów jako wojska krzyżackie przegraliśmy bitwę! Naprawdę można było się wkurzyć, gdy ludzie komentowali nasz udział w tym wszystkim jednoznacznie: gdyby im nie płacili, to by nie wychodzili na takie słońce w tych zbrojach – mówił Przemysław Groński. Większości turystów trudno było – nawet po wizytach w obozowiskach – uwierzyć, że te zbroje... nie są plastikowe! Podczas inscenizacji słychać było wzajemne przekonywanie: - Wierzysz pan w to, że stoją tam zakuci w blachy? Zostawili je w obozie i założyli atrapy! Panie! Nikt, kto ma odrobinę rozumu w głowie nie wszedłby ubrany w stal w środek tego piekła! A przecież mdleli, tracili przytomność i doznawali udarów słonecznych nawet ci turyści, którzy zaopatrzyli się w parasole, nakrycia głowy, litry wody do polewania ciała... I nic nie otrzymali w zamian, bo miejsce z dobrą widocznością trzeba było zając około godziny 5 rano. Później już można było stanąć bardzo daleko i nie było sensu udawać, że... coś się widzi! I jakieś 80 tysięcy ludzi prawie nic nie widziało! Organizatorzy zapomnieli chociażby o... telebimach! Ryszard Hetnarowicz
Fot. autor
1679
<<< poprzedni
| 18/9 | następny >>>
Dodaj komentarz:kaszmir_76, 2010-08-02 17:54:43
Święta prawda! Koleżanka zaplątała się w ten horror podczas pobytu w Iławie. Rodzina chciała jej urozmaicić pobyt! No i urozmaiciła! Sześciogodzinną próbą dojazdu na widowisko, nerwami z powodu za późnego przyjazdu i ośmiogodzinnym powrotem. Nic nie widziała, umęczyła siebie i 5-letnie dziecko, a na dodatek została zrugana przez jakiegoś organizatora, który próbował ją uświadomić, że powinna przyjechać przynajmniej dzień wcześniej. A jeżeli tego nie zrobiła, to znaczy, że jest... nieodpowiedzialną matką! Ekstra nauczyciel! Krotko: telewizja całkowicie zaciemniła obraz, namawiając ludzi do wyprawy na Grunwald, a potem trąbiąc o niesamowitym sukcesie organizacyjnym. Aż chce się przypomnieć stare, dobre hasło: telewizja kłamie!
|